— Szefernaker wkur... jak nigdy — tak wprost o pożarze w Pałacu mówiła nam jedna z osób z kręgu prezydenta. Miał powód.
Niedziela, a tu wybuchła publikacja Dominiki Długosz o tym, jak fundacja ludzi niegdyś związanych z Andrzejem Dudą i Mateuszem Morawieckim oferowała pakiety — najdroższy za 100 tys. dolarów — z nadzieją na spotkanie z prezydentem Karolem Nawrockim na Polish-American Economic Summit w USA. Prezydencki minister Karol Rabenda zachęcał do kontaktu z fundacją Centrum Strategii Rozwojowych, która oferowała VIP-owskie wejściówki. W Pałacu — ci, którzy nie mieli nic wspólnego z kongresem — i na Nowogrodzkiej łapali się za głowy, jak można było wepchnąć Karola Nawrockiego na taką minę.
Ale publicznie wszyscy z Pałacu starają się zachować poker face. Spokojnie, to tylko pożar. Pałac się bronił: media kłamią, bilety za rozmowę z prezydentem to absurd, a w ogóle to władza i media chcą odwrócić uwagę od deficytu budżetu państwa. Karol Nawrocki odparowywał: — Wydaje mi się, że dla opinii publicznej w Polsce jest oczywiste, że nikt nie musi płacić za spotkanie z prezydentem. Sam decyduję o swoim kalendarzu i sam decyduję o tym, z kim się spotykam i kiedy się spotykam. Zawsze celem mojego spotkania jest interes Polek, Polaków i Polski. To rzecz oczywista. Odpowiadam za swój kalendarz, z całą pewnością nie żadna fundacja, nie stowarzyszenie, a nawet nie moi ministrowie.
Niemniej: bardzo drogie pakiety VIP były oferowane. Jeden z ministrów — Karol Rabenda, prywatnie od lat przyjaciel Nawrockiego — zachęcał do kontaktu z ich oferentem. Wedle zapewnień fundacji nikt jednak nie się nie połasił na "pakiet platinum" za 100 tys. dolarów.
W kulturze politycznej — zwłaszcza u Donalda Trumpa — handel czasem prezydenta to nic nadzwyczajnego i za miliony dolarów można kupić kolację z lokatorem Białego Domu i zdjęcie z nim. Ale w Polsce standardy są inne. Także dlatego w Pałacu już wiedzą: sprawa będzie Nawrockiemu długo pamiętana.
Nawrocki nie zdążył wrócić do Pałacu z wizyty w USA, a CBA dorzuciło do ognia. Agenci zatrzymali Annę P. (czyli Plakwicz, wieloletnią spin doktorkę PiS), która w Pałacu jest dyrektorką Biura Wydarzeń Prezydenta - bierze udział w pisaniu głowie państwa przemówień i organizuje jego spotkania. Powód zatrzymania? Kampania "Sprawiedliwe Sądy", którą za pieniądze z Polskiej Fundacji Narodowej zrobiła firma Anny P. i Piotra M. (czyli Matczuka - byłego spin doctora PiS, a ostatnio komentatora TV Republika).
A prezydent był w ostatnich dniach na fali. Donald Trump — jak to Pałac z Białym Domem ustalał — ogłosił 17 września (symbolicznie, bo w rocznicę ruskiej napaści na Polskę), że udało się USA i Polsce poczynić wielkie postępy w negocjacjach na temat stałej bazy wojsk USA nad Wisłą.
"Dzięki odważnemu przywództwu mojego przyjaciela, Karola Nawrockiego, prezydenta Polski, czynione są znaczne postępy w kierunku utworzenia bazy US Army w Polsce. Jeśli tak się stanie, lokalizacja zostanie wkrótce ogłoszona" — napisał Trump. Fort Trump jest więc coraz bliżej. Kłopot w tym, że to, co jest tak blisko, się jednak oddaliło. Do USA miał lecieć szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz, by spotkać się ze swoim odpowiednikiem, sekretarzem wojny Pete'em Hegsethem, a potem triumfalnie wrócić z wieścią, że Fort Trump już na pewno będzie. Ale nie poleciał. Hegseth odwołał spotkanie. Oficjalnie: bo Trump chce, by Hegseth skupił się na priorytetowych dla niego negocjacjach z Chinami. Jak pisze Andrzej Stankiewicz, szef Pentagonu nie jest zwolennikiem tworzenia stałej bazy USA w Polsce i odkłada rozmowy na później.
Gdzie nie spojrzeć, tam pożar.
Zapraszam do lektury
Jacek Gądek