Środa, 24 czerwca 2026
szef redakcji lokalnych Gazety Wyborczej
Dawid Kacprzyk, chyba najsłynniejszy dzisiaj lekarz w Polsce, przepracował w ciągu roku w sumie 3976 godzin, czyli po 12 godzin dziennie, nie wyłączając weekendów i świąt. Nie on jeden. W Szpitalu Miejskim w Sosnowcu jeden z lekarzy pracował jeszcze więcej, bo aż 4881 godzin w roku! Spędził na oddziale mniej więcej tyle czasu, co łącznie pięcioro innych lekarzy tam zatrudnionych.

Gdy w lutym tego roku opublikowaliśmy w „Gazecie Wyborczej” listę lekarskich płac, zarobki w wysokości 100 czy nawet 200 tys. zł nie zrobiły na nikim wrażenia. Teraz jednak politycy opozycji, przy słabnących sondażach, dochody Kacprzyka, działacza Koalicji Obywatelskiej nagłośnili i nazwali „patologią”.

Tak, takie pensje są niewyobrażalne i bulwersują, ale politycy, wskazując palcem na lekarza, który zarabia krocie, mają w tej „patologii” niemały udział, bo to oni uchwalają prawo.

Lekarze w Polsce od dawna mogą pracować na kontraktach, czyli zawierać umowy ze szpitalami. Niewielu medyków decydowało się jednak na taką formę zatrudnienia. Lekarz, który działa jako firma, ponosi pełną odpowiedzialność za ewentualne błędy np. w dokumentacji medycznej, refundacji leków, naruszenie praw pacjenta i odpowiada całym swoim majątkiem, a w przypadku wspólnoty majątkowej, również majątkiem współmałżonka. Nie należy mu się płatny urlop, a pracodawca raczej nie zapewni mu szkoleń w godzinach pracy.

Z czasem lekarzy na kontraktach przybywało, bo zachęcali ich do tego dyrektorzy szpitali. Była to dla nich sama korzyść – firma może pracować nawet przez 24 godziny na dobę, nie musi jeść, ani spać, nie potrzebuje odpoczynku. Za firmę nie trzeba też odprowadzać ZUS-u.

Lekarze też dostrzegli szansę – jako firmy płacili niższe podatki. W wielu szpitalach, gdzie brakowało obsady, mogli dyktować warunki i stawki. Zaczęli zarabiać naprawdę duże pieniądze, a dyrektorom, którzy musieli spełniać wymogi narzucane przez NFZ, m.in. dotyczące obsady szpitalnych oddziałów, i tak się opłacało.  
Dzisiaj na kontraktach pracuje jakieś trzy czwarte lekarzy. Niektórzy łączą różne formy zatrudnienia – w jednym szpitalu są zatrudnieni na umowę o pracę, w innym na umowę cywilnoprawną. Do tego praca w prywatnych gabinetach, często w czasie, gdy w szpitalu „leci” dyżur kontraktowy. System jest tak wykoślawiony, że nie wiadomo już gdzie, kto i za ile.

W zeszłym roku, gdy radni Sosnowca dowiedzieli się, że lekarz w miejskim szpitalu pracował codziennie przez 14 godzin, zaapelowali do Rady Ministrów o uchwalenie przepisów, które regulowałyby czas pracy lekarzy na kontraktach. Jerzy Szafranowicz, podsekretarz stanu w Ministerstwie Zdrowia odpisał im, że „resort nie prowadzi działań mających na celu regulację czasu pracy lekarzy kontraktowych”, co z urzędniczego na potoczny polski można by przetłumaczyć: „nie zamierzamy nic z tym nie zrobić”.

Trudno oczekiwać od lekarzy, by sami poskromili apetyty. Raczej zerkają na kolegów, którym się powodzi i też by chcieli. Przepisy nie zabraniają, szpitale wręcz zachęcają. Rezultat? W 2023 roku w Szpitalu Miejskim w Sosnowcu tylko jeden lekarz zarobił ponad milion złotych. W 2024 roku milionerów było już trzech.
To dzięki osobom, które subskrybują Wyborcza.pl, możemy tworzyć nie tylko ten newsletter, ale też reportaże, wywiady i śledztwa. Dziękujemy! Jeśli jeszcze nie masz prenumeraty cyfrowej, sprawdź aktualne promocje TUTAJ.
TEMATY DNIA
NIE PRZEGAP
DAJ SIĘ WCIĄGNĄĆ